Aktualności - Stary Sącz

Kobietę należy trzymać krótko i nauczyć służebnej roli... Czy księżom potrzebna jest usługa zakonnic?

14.09.2018
0 0 0 0
Stary Sącz

Rola kobiety w Kościele, a nawet więcej: chrześcijańskie ujęcie istoty kobiecości było przez wieki determinowane nie przez jej relację do Boga, ale przez jej relację do mężczyzny. I nic dziwnego, gdyż to mężczyźni uję­cie to tworzyli i opracowywali. Najjaskrawszym przykładem jest prastara klasyfikacja świętych: święci mężczyźni dzieleni byli na grupy w zależności od sposobu, w jaki uwielbili Boga, i od roli, jaką odegrali w Kościele: męczennik, wyznawca biskup, wyznawca niebiskup. Święte kobiety dzielone były przede wszystkim według ich relacji do mężczyzn: dziewica, wdo­wa. Wtórnie można było jeszcze także dodać, że męczennica; ale jeżeli któraś była nec virgo, nec martyr, to już żadnego pozytywnego określenia dla niej nie znajdowano i chowano ją na wieki pod dziwaczną etykietką podwójnego przeczenia. Dostawała bezbarwne teksty liturgiczne i czyta­nie mszalne o dzielnej niewieście, z którego wynikało, że się przynajmniej zasłużyła mężowi. Trudno to wszystko streścić lepiej niż w słynnej linijce Miltona o Adamie i Ewie: He for God only, she for God in him.


Można by mniemać, że przynajmniej dziewictwo chrześcijańskie było nie tylko negatywną relacją do mężczyzny, ale także i szansą kobiety do określenia się przez pozytywną relację do Boga. Owszem, było i jest, ale i to niejako pod obstrzałem, gdyż i dziewice, nawet już zorganizowane we wspólnoty zakonne, próbowano nieraz ustawić w relacji do mężczyzny, przez którego dopiero miałyby dochodzić do Boga. Dwa przykłady: ów kaznodzieja, który w początku XVII wieku usiłował uczyć benedyktynki chełmińskie, że powinny najpierw mieć afekt do ojca duchownego, a potem do Boga, gdyż kto nie ma afektu do ojca duchownego, ten nie ma i do Boga, ani mieć może, a inaczej rozumieć i czynić jest błąd gruby i wielki. I ten XX­-wieczny proboszcz, który nie znosił dźwięku chórowych modlitw zakon­nic, tak go denerwowało, że sobie wymyśliły jakiś własny sposób służenia Bogu, zamiast służyć Mu od rana do nocy wyłącznie poprzez służbę pro­boszczowi. Co zaś do kobiet zamężnych, także i ich relacja do Boga nie przechodzi przez męża, choć kobieta może go w tę relację wciągać, jak wciąga i dzieci, i bliźnich w ogóle. Dowodem choćby dwie mistyczki, które będąc zamężne i prowadząc normalne życie małżeńskie, uważały się mimo to za oblubienice Boże: św. Brygida szwedzka i w naszych czasach kon­wertytka belgijska, którą znamy tylko pod imieniem Kamilli, a której dzieje wewnętrzne są jednym z najpiękniejszych zapisów kobiecej miłości do Boga. Ale do odwiecznego schematu świętości takie postacie zupełnie nie pasują: schemat ten nie wyrósł bowiem, jak już mówiłam, z obserwacji kobiety i jej stosunku do Boga, ale z przeżyć mężczyzny.


Wszystkie męskie splątane impulsy w stosunku do kobiet: pragnienie i strach przed tym pragnieniem, i potrzeba dominacji, i potrzeba czci, i strach przed zaangażowaniem – przemieszane w indywidualnych proporcjach i rzutowane na samą kobietę – tworzyły jej obraz, który w dodatku uważano za całkowicie obiektywny i zgodny z prawdą. Jeżeli nawet cza­sem się okazywało, że kobieta widzi te sprawy inaczej, to był to tylko jeden więcej dowód na jej niezdolność do obiektywnego spojrzenia. Męs­kie było obiektywne, kobiece nie. Kobieta powinna więc była przyjąć w całości męski punkt widzenia i rozważać siebie przede wszystkim w relacji do mężczyzny. Powinnaś się cieszyć, dziecko – mówił za mojej pamięci pewien ksiądz na KUL do niewidomej studentki – że jesteś niewidoma: przynajmniej w nikim nie wzbudzisz pożądania.


Zważywszy, że kobiet jest na świecie mniej więcej tyle, co mężczyzn, było to wszystko równoznaczne z wiarą, że tylko połowa ludzkości posia­da pełne człowieczeństwo, druga zaś połowa niepełne, niejako wtórne i gorsze.


Z nieistotnymi darami, z nieważnym punktem widzenia. Tę drugą połowę należało więc trzymać krótko i nauczyć służebnej roli. A było to o tyle łatwe, że kobieta, z natury swojej otwarta na ludzkie potrzeby, i bez rozkazu zawsze była gotowa zająć się tym wszystkim, co w praktyce jest konieczne dla gładkiego biegu życia rodzinnego i społecznego, ale czego potrzebę mężczyzna zauważa na ogół dopiero wtedy, kiedy mu tego zabraknie. Natus ad maiora, nie zniża się łatwo do myślenia o drobiaz­gach życia codziennego. Dlatego czasem zabawny paradoks: mężczyzna z politowaniem myśli o kobiecie, która mu tego wszystkiego dostarcza, kobieta zaś z politowaniem o mężczyźnie, który sam się obsłużyć nie potrafi. On ją ma za niezdolną do zajęcia się sprawami wyższymi, ona jego za infantylnego aż do śmierci. Pisałam już kiedyś o tym, w tonacji żartobliwej zresztą: niedawno tekst mój został przez pewnego księdza zacytowany w referacie na dowód, że… księżom potrzebna jest usługa zakonnic.


Aż doszło – co było nieuchronne – do tego, że wiele kobiet rzeczy­wiście uwierzyło w swoją niższość. Poczuły się pokrzywdzone, a ponieważ chrześcijaństwo utrwaliło już w świecie ideały demokracji i praw obywatelskich równych dla wszystkich, zapragnęły się ratować. To jest istota dzi­siejszego ruchu feministycznego. Na jego dnie leży przekonanie, że dopiero przejąwszy wszystko to, co prawo lub obyczaj zastrzegały dotychczas dla mężczyzn, będzie można wydźwignąć się z poniżenia. Więcej nawet: dopiero rezygnując ze specyficznych darów złożonych w psychice kobiety, dopiero odchodząc od jej posłannictwa tak daleko, jak tylko na to niepokonalne różnice fizjologiczne pozwolą, będzie można zdobyć zrównanie. Wielkie jest z tej racji oburzenie mężczyzn, a w tym nie najmniejsze mężczyzn duchownych: nie rozpoznają niestety drugiej strony medalu, który sami ukuli. A co może (paradoksalnie, ale bardzo logicz­nie) ukazać jeszcze ta druga strona medalu, pracowicie przez wieki kute­go, widać obecnie dobrze na Zachodzie. Niedawno w BBC w cyklu audycji o różnych religiach była i taka, w której mówiły o sobie kobiety angielskie przyjmujące islam. Jest ich, okazuje się, tyle, że było już o kim mówić. A dlaczego przyjmują? A dlatego, że chcą prowadzić życie rodzin­ne, kochać rodziców i dzieci, dawać z siebie tę miłość – a doszły do przekonania, że islam jest jedyną w ich zasięgu religią, która rzeczywiście o rodzinę się troszczy. Jedyną, w której kobiecie wolno wykorzystać swój wrodzony dar i potrzebę do składania ofiary z siebie. Na przykład raczej zrezygnować z zawodu, niż oddać starą matkę do przytułku. Raczej wyrzec się swobody niż zaangażowania. Bo chrześcijanki naokoło mówią wciąż, jak mężczyźni, o autonomii, o samorealizacji, o godności…


A myśmy zawsze myśleli, że kobieta w islamie jest poniżona. I faktycz­nie jest, zwłaszcza w krajach o islamskiej większości, i może jeszcze przyjść czas, kiedy jej się to sprzykrzy. Ale w tej chwili w krajach Europy Zachodniej z ich demokratycznymi instytucjami to poniżenie jest prawnie mało wyczuwalne i niejedna młoda dziewczyna, obdarzona normalną kobiecą psychiką, a nie wychowana w głębokiej osobistej relacji z Chrystusem, zniechęca się do religii, w której kobiety najwyraźniej nie znajdu­ją szczęścia w swojej kobiecości. Niejedna zresztą gorzko może pożałować swojej konwersji, jeżeli pojedzie z mężem do Iranu czy Afganistanu. Niemniej aż tak daleko, aż do takich paradoksów, dochodzą już skutki feminizmu, który sam z kolei jest skutkiem odwiecznej, niestety, w chrześcijańskim społeczeństwie niekonsekwencji. Najpierw się uczy, że nie masz mężczyzny ani niewiasty, ale wszyscy jedno jesteśmy w Chrystu­sie, a potem przez wieki całe odsyła się tę zasadę do krainy pobożnych marzeń. A nic tak łatwo nie rodzi buntu jak nie spełniona obietnica.


U nas jeszcze nie ma takich konwersji, jeszcze można się na tej drodze zatrzymać, jeszcze nie zaprzepaścić chrześcijańskiego ideału rodziny, ale pod warunkiem, że się możliwie szybko skończy to dzielenie (wszystko jedno, przez kogo) ludzkości na połowę lepszą i gorszą. Inność nie jest w żadnej logice równoznaczna z gorszością. Jeśli posłannictwo kobiety, jej specyficzne dary, jej punkt widzenia nie będą traktowane jako gorsze, ale jako inne i równouprawnione, nie będzie ona miała powodu do gardzenia własnymi darami i do odrzekania się własnego posłannictwa. A w konsekwencji nie zniechęci innej kobiety do chrześcijaństwa w ogóle.


Jakież więc są te dary? Pierwszym i najważniejszym jest traktowanie Boga jako osoby. Kobieta rzadko włącza się w filozoficzne rozważania, co to jest osoba, i w jakim sensie można albo nie można tego pojęcia odno­sić do Boga. Ona tego nie potrzebuje: dla niej Bóg jest w sposób oczywi­sty najwyższym „Ty” albo nie ma Go w ogóle. Z tego punktu widzenia na przykład programy katechetyczne, przepełnione wiedzą w punktach i pod­punktach, są produktem typowo męskim, chociaż ich realizowanie powie­rza się tak często kobietom katechetkom. Kobieta, gdyby jej zostawić swobodę działania, dawałaby o połowę mniej informacji, ale za to o poło­wę więcej osobowego stosunku do Boga. Kobiecie trudno jest zrozumieć, jak można mówić o Bogu, a nie mówić do Boga; jak można traktować Boga jako przedmiot intelektualnych dociekań i na tym koniec, jakby to była teoria z zakresu wyższej matematyki.


Widząc osobę w Bogu, kobieta i dookoła siebie widzi przede wszyst­kim osoby, a dopiero później rzeczy i pojęcia. W jej świecie dominuje „ty” nad „to”; ważniejsze jest „ty” niż „to”. Dlatego nawet zupełnie zwyczajna, niespecjalnie pobożna i nie poniżej średniej krajowej samolubna kobieta lepiej widzi potrzeby swojego otoczenia niż niejeden wielki święty. To jest drugi kobiecy dar: otwartość w relacjach międzyosobowych. Płynie z niego trzeci: ofiarność. Najgłębszą własną potrzebą serca kobiety jest ofiara z siebie i tego dotychczas nie zdołała zagłuszyć ani kondycja ludzkości po grzechu pierworodnym, ani cywilizacja konsumpcyjna, ani telewizja. I nie chodzi tu tylko o jakieś wielkie jednorazowe ofiary: także i o ten codzien­ny wysiłek; kropla po kropli wyczerpujący zdrowie, a dla otoczenia niezauważalny. Cierpienie jest w ten program włączone jako rzecz oczywista, czy to będą bóle porodu, czy żylaki, czy noc ducha. Kobieta jest zdumie­wająco uzdolniona do tego, by cierpieć. I nie potrzebuje aż tylu rozumo­wych uzasadnień: jej życie wewnętrzne jest chyba prostsze i bardziej niż u mężczyzny skoncentrowane na afirmacji, nie negacji. Żeby dawać, nie musi dokonywać negatywnej czynności walczenia z instynktem posiada­nia; wystarczy pozytywna, dostrzeżona potrzeba. Pamiętam zabawną pochwałę, którą pewien ksiądz wygłosił o zakonnicach, kiedy go zaopat­rzyły w wiktuały: „Jakie dzielne te siostry, musiały przecież zwalczyć w sobie to typowo kobiece przywiązanie do drobiazgów!” Zostawię bez ko­mentarza.


Jeżeli więc Bóg stworzył dwie płcie z tak wyraźnymi różnicami darów, to wolno się domyślać, że nie po to, żeby jedna kosztem drugiej zaspoka­jała swój kompleks wyższości, ale raczej po to, żeby się wzajemnie uzupeł­niały i wspomagały, ucząc jedna drugą tego; co każdej przychodzi łatwiej. Żeby to jednak robić, trzeba (powtórzmy) uznać równość obu płci. Właś­nie uznać, a nie dopiero przyznać, jakby ta równość zależała dopiero teraz od czyjejkolwiek decyzji prawnej. Trzeba uznać równouprawnienie kobie­cej relacji do Boga, kobiecego sposobu widzenia, kobiecych darów. Nawet i wady obu płci należałoby traktować z równą tolerancją. Choćby to, że kobieta ma więcej próżności, mężczyzna więcej pychy. Kobieta chce być piękna, mężczyzna ważny. W teologii kapłaństwa na przykład z takim naciskiem rozbudowywano przez wieki aspekt jego wzniosłości, godności i wyniesienia kapłana ponad tłum wiernych (w przeciwieństwie do aspek­tu pokory i adoracji), że nawet zostawiając na boku wszelkie argumenty teologiczne, wątpię, czy normalna kobieta zdołałaby się odnaleźć w takim ideale. A i w to śmiem wątpić, czy seminaria byłyby pełne kleryków mężczyzn, gdyby dotychczasowe pojęcia zastąpić konsekwentnie uwydatnia­nym aspektem służebności kapłaństwa.


malgorzata_borkowska


Niewykluczone, że te uwagi są mało konstruktywne: wciąż jeszcze łat­wiej jest prostować męskie błędy na temat kobiety, niż wyłożyć, za kogo ona uważa się sama, a zwłaszcza – niż dojść do jakiejś syntezy obu punk­tów widzenia, która by dopiero pozwoliła osiągnąć obiektywizm i osta­tecznie zrealizować zamysł Boży, zawarty w słowach „mężczyzną i kobietą stworzył ich”. Tak dawno już stworzył; a podział na płci przygotował jesz­cze dawniej, z całym rosnącym w ciągu ewolucji, od rozwielitki do czło­wieka, bogactwem różnicy, zmierzającym do wzajemnego uzupełniania się i obdarowania. A my wciąż jeszcze z uzupełnienia robimy przeciwstawie­nie, a z malutkiego spójnika „i” – przepaść zamiast kładki. Z drugiej strony istnieją oczywiście i tacy ludzie, którzy mogą te uwagi potraktować jako wyważanie otwartych drzwi: otworzyli je sobie dawno sami bądź przez wzajemną ofiarną miłość małżeńską, bądź przez spokojną dobroć, która przecież występuje u obu stron. Niestety, jednak w tej sprawie – jak w wielu innych – ci, którzy nie mają problemu, milczą, bo po cóż by mieli teoretyzować, skoro rzecz jest prosta? Teorie opracowują ci, którzy odczuwają problem i którzy go tym samym szerzą.


Czasem najlepsi ludzie mają dziwne sposoby okazywania dobrej woli. Jest w notatkach kardynała Wyszyńskiego passus o postanowieniu, żeby z racji czci dla Maryi wstawać, gdy do pokoju wchodzi siostra paląca w pie­cu, bo to przecież także kobieta. Takie wstawanie kardynała mogło tylko zakłopotać biedną zakonnicę; gdyby ją spytał o zdanie, poprosiłaby zapewne, żeby siedział i w ogóle na nią nie zwracał uwagi, z tym tylko, że jeśli kiedy będzie miała mu coś do powiedzenia, to wtedy żeby wysłuchał uważnie. Jak człowieka. Nie jak zakonnicy czy kobiety: jak człowieka.


Może to za duże wymagania? Może kobieta nie powinna żądać czegoś, co tylko dla niej jest naturalne, a dla mężczyzny trudne? To ona, widząc drugiego człowieka, dostrzega w nim przede wszystkim współ-człowieczeństwo; mężczyzna dostrzega przede wszystkim płeć. I wtedy wedle stawu grobla: donżuan widzi potencjalną zdobycz, celibatariusz – niebezpieczeństwo, święty – obraz Maryi. A najczęściej kobieta nie uważa się za żadną z tych rzeczy, a jeśli już, to tylko wtórnie, przypadłościowo, nie z istoty swego człowieczeństwa. Jest jednak jeden wyjątek, jedna kobieta, do której się to wszystko nie stosuje: matka. Poza tą relacją – jakże trud­no bywa znaleźć drogę najprostszą: ani cześć dla istoty rzekomo nad­ziemskiej (modną w XIX-wiecznej poezji), ani pogardę dla istoty rzeko­mo niższej, tylko rozpoznanie w drugim człowieku drugiego człowieka, w całym bogactwie jego zaplanowanej przez Boga inności. Ale będzie trzeba tę drogę znaleźć, jeśli nie chcemy, żeby i u nas rykoszetem pojawiły się czarczafy na ulicach.


(…) Kiedy zatem w opisie biblijnym czytamy wypowiedziane do kobiety słowa: „ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz. 3,16), wówczas odkrywamy załamanie się i stale zagrożenie tej właśnie „jedności dwojga”, która odpowiada godności obrazu i podobieństwa Bożego w obojgu. Takie zagrożenie dotyczy jednak bardziej kobiety. Do bycia bowiem „bezintere­sownym darem”, co oznacza żyć ,,dla” drugiego, dołącza się „panowa­nie”: „on będzie panował nad tobą”. Owo panowanie wskazuje na zakłócenie i zachwianie tej podstawowej równości, jaką w „jedności dwojga” posiadają mężczyzna i kobieta – i to przede wszystkim na nie­korzyść kobiety; tymczasem tylko równość wynikająca z osobowej god­ności obojga może nadawać wzajemnym odniesieniom charakter prawdziwej communio personarum. Jeśli naruszenie tej równości, która jest zarazem darem i prawem pochodzącym od samego Boga-Stwórcy, niesie z sobą upośledzenie kobiety, to równocześnie pomniejsza ono tak­że prawdziwą godność mężczyzny (Mulieris dignitatem n. 10).


Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wiekuCzarna owcaOślica Balaama, tłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka. Nie tak dawno wydaliśmy publikację Sześć prawd wiary oraz ich skutki.


Przeczytaj koniecznie:








Tekst Czarczafy na ulicach 

pierwotnie ukazał się w czasopiśmie WIĘŹ 1993 nr 1.


Źródło: ps-po.pl, 13 września 2018


Autor: mj